Japończycy nie mogli uwierzyć, że sam utrzymał wzgórze — dopóki nie zniszczył 34 dywizji piechoty DT. VD

Japończycy nie mogli uwierzyć, że sam utrzymał wzgórze — dopóki nie zniszczył 34 dywizji piechoty DT

O godzinie 11:47, 21 lutego 1945 roku, szeregowy Herald Gonalves skulił się w okopach na wzgórzu 362A w Ewoimie, obserwując 34 japońskich żołnierzy wyłaniających się z wulkanicznego popiołu 200 jardów w dół zbocza. Jego pluton wycofał się 15 minut wcześniej. Jego karabin maszynowy miał 200 naboi. W ciągu następnych 43 minut wszyscy atakujący żołnierze mieli zginąć, a Gonalves miał utrzymać pozycję.

Analitycy wojskowi obliczyli później, że samotny obrońca miał 2% szans na przeżycie. Poranek rozpoczął się od standardowych rozkazów: nacierać, okopywać się, utrzymać linię grzbietu wulkanicznego przed kontratakiem. Do godziny 10:30 rozkazy te załamały się pod gradem pocisków moździerzowych, które zabiły sześciu ludzi z oddziału Gonalvesa i raniły 11 innych, w tym sierżanta jego plutonu.

Porucznik zarządził odwrót. Wszyscy się wycofali, z wyjątkiem Gonalvesa, który pozostał na swojej pozycji, ładując nowy pas do swojego karabinu maszynowego Browning M1919 A4. Nikt nie kazał mu zostać. Nikt nie spodziewał się, że przeżyje. Harold Gonalves dorastał w Alama w Kalifornii, pracując w dokach u boku portugalskich rybaków, którzy nauczyli go, że niektórych rzeczy nie należy porzucać.

Jego ojciec obsługiwał dźwig załadowujący statki towarowe. Jego wujek naprawiał silniki Diesla w magazynach, które pachniały smarem i słoną wodą. Gonalves uczył się maszyn, zanim poznał algebrę. Potrafił rozmontować silnik w terenie, zanim skończył 16 lat. Rozumiał systemy, punkty nacisku, wskaźniki awaryjności, sposób, w jaki rzeczy się psują i jak się trzymają.

Zaciągnął się do piechoty morskiej w 1943 roku w wieku 19 lat, ponieważ jego starszy brat zginął w Guadal Canal i ktoś musiał dokończyć to, co Tommy zaczął. Obóz szkoleniowy ujawnił to, co jego sierżant nazwał problematyczną inicjatywą. Gonzalves nie wykonywał rozkazów, które uważał za taktycznie głupie. Dwukrotnie dostał mandat za kłótnie z oficerami o pozycje obronne.

Kiedyś za przeprojektowanie linii ognia bez pozwolenia. Kapitan powiedział mu: „Marines wykonują rozkazy Gonalvesa. Oni ich nie przeprojektowują”. Ale Gonalves i tak to robił, bo widział, jak ludzie ginęli po złych rozkazach. I on coś rozumiał. Oficerowie nie. Większość doktryn wojskowych zakładała, że ​​żołnierze będą zachowywać się przewidywalnie.

Gonalves nauczył się na dokach, że systemy zawodzą, gdy stosuje się zasady niezgodne z rzeczywistością. Ewima wielokrotnie to udowodniła. Wyspa składała się z ośmiu mil kwadratowych skał wulkanicznych, wyziewów siarki i japońskich żołnierzy wykopanych w tunelach, których marines nie mogli dostrzec, dopóki nie zaczęli strzelać. Standardowa taktyka mówiła: „Nacierać, tłumić, przytłaczać”.

Ta taktyka zabiła 4000 marines w ciągu 3 tygodni. Gon Salves obserwował śmierć swoich przyjaciół, którzy postępowali zgodnie z doktryną zakładającą obecność widocznych wrogów i konwencjonalne pozycje obronne. Jego najbliższy przyjaciel, szeregowy Eddie Kowalski z Pittsburgha, zginął 19 lutego, posuwając się przez otwarty teren w kierunku pozycji, które wywiad określił jako słabo bronione.

Pozycja obejmowała 12 japońskich żołnierzy z nakładającymi się polami ostrzału. Kowalskiemu trzy razy trafiła w klatkę piersiową, zanim jego oddział zdążył się wycofać. Gonalves niósł ciało z powrotem, czując, jak krew Eddiego przesiąka przez mundury obu. Posłuchajcie wyjaśnień porucznika. Straty były akceptowalne, biorąc pod uwagę cele taktyczne.

Dwa dni później kapral James Whitmore z Atlanty zginął, gdy pocisk moździerzowy trafił w jego okop, podczas fazy konsolidacji, którą dowództwo określiło jako fazę minimalizacji kontaktu z wrogiem. W tym minimalnym kontakcie uczestniczyło 40 japońskich żołnierzy wychodzących z tuneli, o których istnieniu nikt nie wiedział. Whitmore pisał list do domu, gdy pocisk spadł.

Gonalves znalazł później fragmenty listu przyklejone do skały wulkanicznej z krwią. 20 lutego zginął starszy szeregowy Ray Martinez z El Paso, który otrzymał rozkaz utrzymania pozycji na linii Rgideline, bez osłony, wsparcia ogniowego i z dobrą widocznością dla moździerzy wroga. Martinez powiedział sierżantowi, że ta pozycja była samobójstwem.

Sierżant powiedział, że rozkazy to rozkazy. Martinez zginął, stojąc w tej pozycji przez 11 minut, zanim odłamek pocisku z moździerza kolanowego przeciął mu gardło. Gonalves był 30 jardów dalej i obserwował to zdarzenie, nie mogąc pomóc, ponieważ został przygwożdżony ogniem karabinów maszynowych z jaskiń. Jego mapa wskazywała, że ​​nie istnieje. Do 21 lutego Gonzalves widział, jak 16 ludzi z jego kompanii ginie, stosując taktykę opracowaną na potrzeby wojny europejskiej z wrogiem walczącym na wyspach Pacyfiku.

Doktryna głosiła: nacieraj i utrzymuj. Rzeczywistość mówiła, że ​​Japończycy kontrolowali podziemie, pojawiając się, gdziekolwiek chcieli, i znikając, zanim artyleria zdążyła zareagować. Siły amerykańskie wciąż zajmowały pozycje, których nie mogły obronić, ponieważ wróg nie znajdował się tam, gdzie zakładano na pozycjach. System był zepsuty.

Gonalves rozumiał zepsute systemy. Na dokach, gdy dźwig się zepsuł, nie obsługiwało się go zgodnie z instrukcją, podczas gdy ładunek spadał do zatoki. Wyłączało się go, znajdowało problem i go naprawiało. Ale w Korpusie Piechoty Morskiej tak nie było. Wykonywało się rozkazy, nawet gdy w ich wyniku ginęli ludzie.

Tego ranka porucznik wydał plutonowi rozkaz utrzymania wzgórza 362A, grzbietu wulkanicznego, który zapewniał dobrą widoczność, ale nie dawał żadnej osłony poza płytkimi okopami wykutymi w popiele i skałach. Wywiad donosił, że siły japońskie wycofały się z tego sektora. Ostrzał moździerzowy o godzinie 10:30 potwierdził błędność doniesień wywiadu. 30 sekund ostrzału z powietrza zabiło lub zraniło połowę plutonu.

Porucznik krwawiący od odłamków w obu nogach nakazał wszystkim wycofać się o 200 jardów (ok. 180 m) na bardziej obronną pozycję. Gonalves pozostał w swoim okopie. Obserwował, jak jego towarzysze wycofują się, czołgając się przez wulkaniczny popiół pod sporadycznym ostrzałem karabinowym. Mógł pójść z nimi, powinien był pójść z nimi. Porucznik wydał bezpośredni rozkaz, ale Gonalves spojrzał w dół zbocza i zobaczył, co się stanie, jeśli opuszczą tę pozycję.

Japończycy mieli zająć grzbiet, rozstawić moździerze i ostrzelać amerykańskie pozycje poniżej. Zginęłoby więcej ludzi. Więcej Kowalskich, Whiterów, Martinezów. Został więc i sprawdził amunicję. 200 naboi w obecnym pasie. 400 kolejnych w skrzynce z amunicją. Sześć granatów. Karabin M1 Garand z 40 nabojami. Woda, jedna manierka w połowie pełna.

Okop miał 90 cm głębokości i 1,2 tony szerokości. Wykuty w skale wulkanicznej, która zapewniała minimalną ochronę. Gdyby Japończycy przywieźli moździerze lub wezwali artylerię, zginąłby w pierwszej salwie. Gdyby zaatakowali jego pozycję z kilku stron, skończyłaby mu się amunicja, zanim zdążyłby ich wszystkich powstrzymać. Rachunek był jasny. To było samobójstwo. Ręce lekko mu drżały, gdy regulował trawers karabinu maszynowego, ustawiając pole ostrzału tak, by osłaniało główne zbocze podejścia.

Pot spływał mu po twarzy pomimo chłodnego poranka. Nadal mógł się wycofać, dogonić pluton i wykonywać rozkazy, tak jak powinni to robić marines. Nikt by go nie winił. Pozostanie tutaj naruszało podstawową doktrynę taktyczną dotyczącą pozycji bez wsparcia. Ale Eddie Kowalsky postępował zgodnie z doktryną. Podobnie jak Whitmore i Martinez.

Byli martwi, ponieważ system zakładał rzeczy o wrogu, które nie były prawdziwe. Gonalves już nie ufał systemowi. Ufał swoim oczom, dłoniom i karabinowi maszynowemu, który ważył 18 kg i strzelał 450 pociskami na minutę, gdy był odpowiednio konserwowany. Dbał o niego obsesyjnie. Każdej nocy po walce rozbierał broń w terenie, czyścił każdy element, sprawdzał mechanizmy podawania, regulował przestrzeń między głowicami i weryfikował czas.

Inni marines nazywali go paranoikiem. Sierżanci to doceniali, ale uważali, że przesadził z konserwacją. Gonalves nie przejmował się ich zdaniem. Nauczył się na dokach, że maszyny psują się, gdy ufa się im bez weryfikacji. Ta maszyna się nie zepsuje, bo on nie pozwoli jej się zepsuć.

O godzinie 11:47 pierwsi japońscy żołnierze pojawili się 200 jardów niżej na zboczu, wychodząc z wejścia do jaskini ukrytej za skałą wulkaniczną. Gonalves ich policzył. 34 żołnierzy w formacji piechoty uzbrojonych w karabiny Arisaka i coś, co wyglądało na moździerze kolanowe. Poruszali się ostrożnie, prawdopodobnie spodziewając się całkowitego wycofania sił amerykańskich.

Jeszcze nie zauważyli jego okopu. Gonalves ustawił się za karabinem maszynowym, z palcami na spuście, obserwując ich natarcie. Standardowa doktryna nakazywała odczekać na optymalny zasięg około 100 jardów, a następnie otworzyć ogień. Ale Gonalves nauczył się, że doktryna zakładała wsparcie ogniowe z sąsiednich pozycji. Nie miał wsparcia, wsparcia ani posiłków.

Gdyby poczekał na optymalny zasięg, a oni by go zauważyli, rozproszyliby się, zajęliby pozycje osłonowe i wystrzelili moździerze. Zginąłby w kilka minut. Więc znowu złamał doktrynę. Z odległości 180 jardów otworzył ogień. Browning ryknął, odrzut uderzył go w ramię, a smugacze pomknęły w dół zbocza. Pierwsza seria trafiła trzech żołnierzy na otwartej przestrzeni, powalając ich, zanim zorientowali się, skąd pochodzi ogień.

Gonalves skręcił w lewo, posłał kolejną salwę przez grupę zgromadzoną w pobliżu skalnego występu. Dwóch padło. Skręcił w prawo, strzelił ponownie i zobaczył, jak popiół wulkaniczny eksploduje wokół biegnących postaci. Japończycy rozproszyli się, chowając się za skałami i odpowiadając ogniem. Kule świsnęły nad głowami, uderzając w krawędź jego okopu.

Gonalves zignorował ich, skupiając się na karabinie maszynowym, krótkimi, kontrolowanymi seriami, po trzy do pięciu pocisków każda, oszczędzając amunicję i utrzymując ogień zaporowy. Wystrzelił 60 pocisków w 40 sekund, a w obecnym pasie pozostało 140. Wróg zajął pozycje za skałami i w płytkich zagłębieniach rozpoczął zorganizowany ostrzał.

Kule świsnęły mu koło głowy, uderzając w wulkaniczny popiół obok jego okopu. Jeden pocisk trafił w płaszcz wodny karabinu maszynowego, przebijając lufę, ale jej nie przebijając. Gonalves poczuł drgania uderzenia w dłoniach i strzelał dalej. Japoński żołnierz wstał, by rzucić granat. Gonalves posłał pięć pocisków w jego klatkę piersiową, zanim granat opuścił jego dłoń.

Wybuchł między skałami, zabijając dwóch kolejnych żołnierzy, którzy się tam schronili. W pasie zostało 90 naboi. Gonalves sięgnął po skrzynkę z amunicją i zaczął napełniać pas nową amunicją, cały czas śledząc pozycje wroga. Jego dłonie poruszały się automatycznie, z pamięcią mięśniową po setkach powtórzeń.

15 sekund na zmianę pasów. Japończyk wykorzystał te 15 sekund, aby nacierać, pędząc naprzód, gdy nie mógł strzelać. Zbliżyli się na 140 jardów, zanim nowy pas zatrzasnął się na miejscu. Gonalves ponownie otworzył ogień. Dopadł nacierającą grupę z bliskiej odległości, posyłając czterech w krótkim odstępie czasu. Pozostali rzucili się do osłony, ale byli teraz bliżej, a ich ogień z karabinów był celniejszy.

Pocisk uderzył w krawędź okopu 15 cm od jego twarzy, rozpryskując pył wulkaniczny w jego oczach. Zamrugał, żeby go odpędzić, i strzelał dalej, wymachując bronią po kontrolowanych łukach, uniemożliwiając wrogowi bezpieczne zajęcie pozycji w promieniu 180 metrów od jego okopu. Lufa karabinu maszynowego nagrzewała się, a z płaszcza wodnego wydobywała się para. Gonalves czuł, jak temperatura broni rośnie w jego dłoni.

Standardowa doktryna głosiła, że ​​lufy należy wymieniać co 200 strzałów. Nie miał lufy zapasowej, pomocnika strzelca ani wody do uzupełnienia płaszcza chłodzącego. Gdyby lufa się przegrzała i odkształciła, broń by się zacięła lub wybuchła. Byłby bezbronny. Kontrolował więc szybkostrzelność – krótsze serie, dłuższe przerwy między seriami, pozwalając lufie stygnąć stopniowo między strzałami.

Kosztowało go to skuteczność w tłumieniu ognia, ale zachował broń. Japończycy zauważyli spadek szybkostrzelności i podjęli kolejną próbę natarcia. Gonalves odpowiedział im precyzyjnie wymierzonymi seriami, powalając dowódców i zmuszając pozostałych do odwrotu. Stracili już 18 żołnierzy. Pozostało 16. O 12:03 wróg zmienił taktykę.

Połowa ich sił prowadziła ogień zaporowy, podczas gdy druga połowa manewrowała w prawo, próbując oskrzydlić jego pozycję. Gonalves zauważył ruch, przeciął działo i zaatakował flankujący element. Efektywny zasięg karabinu maszynowego wynosił 1500 jardów (ok. 1375 m). Z odległości 110 jardów (ok. 110 m) był druzgocący. Trzech żołnierzy padło w pierwszej serii.

Pozostali wycofali się na osłonięte pozycje, nie mogąc posuwać się naprzód pod bezpośrednim ostrzałem. Jednak ogień zaporowy głównej grupy nasilił się. Kule nieustannie waliły w jego okop, zmuszając go do trzymania głowy nisko, co ograniczało jego możliwości namierzania celów. Strzelał na ślepo, unosząc lufę tuż nad krawędź okopu, zasypując główną pozycję wroga nienazwanymi seriami.

Marnotrawne, nieefektywne, ale trzymało ich w ryzach, uniemożliwiając skoordynowany atak. Wystrzelono 400 naboi, pozostało 200. Gonalves chwycił karabin, oddał kilka celnych strzałów do widocznych celów, zmuszając wroga do trzymania głów w dół, podczas gdy on ładował ostatnią taśmę z amunicją do karabinu maszynowego. Jego dłonie były czarne od oleju i popiołu wulkanicznego, śliskie od potu.

Pas nie zapiął się prawidłowo za pierwszym razem. Odpiął go, spróbował ponownie i poczuł, jak się blokuje. Japończycy rzucili granaty, moździerze krótkiego zasięgu, lądując wokół jego pozycji. Jeden wybuchł 5 jardów na lewo od niego, obsypując go odłamkami skał, które poraniły mu twarz i dłonie. Kolejny wylądował bezpośrednio przed okopem i nie wybuchł.

Gonalves odepchnął pocisk, patrzył, jak stacza się po zboczu i eksploduje nieszkodliwie między skałami. Wznowił ostrzał, zanim dym opadł. 10 żołnierzy pozostało widocznych. Pozostali byli martwi, ranni lub ukryci. Gonalves metodycznie atakował każdy widoczny cel, krótkimi seriami, oszczędzając amunicję. Japoński żołnierz próbował użyć moździerza kolanowego.

Gonalves zabił go, zanim zdążył strzelić. Inny próbował nacierać pod osłoną ognia. Gonalves trafił go z odległości 80 jardów (ok. 73 metrów), w środek masy, obserwował, jak upada i nie rusza się z miejsca. O godzinie 12:18 wróg wycofał się, wycofując się na pozycje 250 jardów (ok. 230 metrów) w dół zbocza, poza zasięgiem skutecznego karabinu, ale wciąż w zasięgu karabinu maszynowego. Gonalves oddał kilka serii, aby zniechęcić do przegrupowania, a następnie zatrzymał się, aby ocenić sytuację.

Jego skrzynka z amunicją była prawie pusta. Zostało mu może 70 naboi. W karabinie zostało 16 naboi. Granaty, cztery, po tym jak dwa zostały rzucone w skupiska celów podczas strzelaniny. Jego okop został zniszczony. Krawędź została zdmuchnięta przez granaty i moździerze, dając minimalną osłonę. Płaszcz wodny karabinu maszynowego był prawie suchy. Lufa była tak gorąca, że ​​widział migotanie ciepła unoszące się z metalu.

Jego dłonie krwawiły od odłamków skał, twarz miał rozciętą w kilkunastu miejscach, a w lewym uchu dzwoniło mu w uszach po niemal eksplozji. Był wyczerpany, spragniony i zupełnie sam na grzbiecie wulkanu, walcząc z siłami wroga, które wycofały się, by się przegrupować, ale się nie wycofały. Prawdopodobnie wrócą z większą liczbą żołnierzy, a na pewno z lepszą taktyką, teraz, gdy zrozumieli jego pozycję i możliwości.

Mądrym posunięciem było wycofanie się teraz, podczas gdy byli reorganizowani, i powrót do amerykańskich linii, zanim rozpoczną kolejny atak. Ale Gonalves spojrzał na teren, który utrzymał, na ciała rozrzucone po zboczu wulkanu i zrozumiał, że wycofanie się oznaczało oddanie tej pozycji wrogowi, który wykorzystałby ją do zabicia kolejnych marines.

Został więc, rozłożył pozostałe granaty, aby mieć do nich łatwiejszy dostęp, sprawdził karabin, włożył ostatnie 70 naboi do karabinu maszynowego, wypił połowę pozostałej wody i czekał. O 12:89 nadeszli ponownie. 15 żołnierzy, inna grupa, świeże oddziały z systemu tuneli. Nauczyli się z pierwszego szturmu, posuwali się krótkimi natarciami między osłoniętymi pozycjami, utrzymywali rozproszony szyk.

Gonalves pozwolił im zbliżyć się na odległość 100 jardów (ok. 90 metrów), zanim otworzył ogień. Karabin maszynowy zaczął huczeć, pociski smugowe przecinały mgłę wulkanicznego pyłu. W pierwszej serii posłał trzy pociski, raniąc dwóch kolejnych. Pozostali padli na ziemię i odpowiedzieli ogniem. Gonalves strzelał krótkimi, kontrolowanymi seriami, precyzyjnie wycelowanymi w widoczne cele lub prawdopodobnie osłonięte pozycje. 50 pocisków, 40, 30.

Lufa żarzyła się matową czerwienią, płaszcz wodny był całkowicie suchy, a metal tak gorący, że się wypaczał. Czuł, jak broń traci celność. Pociski trafiły 6 na prawo od miejsca, w którym celował. 20 naboi, 15. Zabił kolejnego żołnierza próbującego zajść go z lewej strony. Pozostało 10 naboi. Japończycy ruszyli na jego pozycję. Pięciu żołnierzy nacierało w skoordynowanym ataku, podczas gdy ich wsparcie zapewniało ogień osłonowy.

Gonalves opróżnił karabin maszynowy, zabijając dwóch i raniąc jednego. Pistolet zatrzasnął się. Chwycił karabin, oddał osiem strzałów w krótkich odstępach czasu i powalił kolejnego napastnika w odległości 40 jardów. Trzech żołnierzy wciąż nacierało w odległości 30 jardów. Gonalves rzucił granat. Wybuchł wśród nacierających żołnierzy, zabijając jednego i raniąc drugiego.

Dwóch żołnierzy pozostało 20 jardów od niego. Wystrzelił z karabinu, chybił. Przyrząd celowniczy rozregulował się, ponieważ spadł podczas rzutu granatem. Strzelił ponownie, trafiając jednego żołnierza w ramię. Nie zatrzymało go to. 10 jardów. Gonalves rzucił jednocześnie dwa ostatnie granaty. Widział, jak przelatują przez popiół wulkaniczny i eksplodują wśród szarżujących żołnierzy.

Kiedy dym opadł, obaj napastnicy byli już na ziemi, jeden wciąż się poruszał. Gonalves strzelił do niego z karabinu. Żołnierz się zatrzymał. Cisza. Gonalves przeładował karabin ostatnimi ośmioma nabojami i rozejrzał się po zboczu. Wszędzie ciała. Potwierdzono 34 ofiary śmiertelne, rozrzucone na obszarze 200 jardów (ok. 180 m) pod warstwą popiołu wulkanicznego i skał. Żadnego ruchu.

Żadnych dodatkowych żołnierzy nie wyłaniających się z jaskiń. Atak ustał. Siedział w swoim zrujnowanym okopie, z drżącymi rękami, dzwoniącymi w uszach, krwawiący z licznych ran ciętych i odłamkiem szrapnela wbitym w lewe przedramię. Karabin maszynowy był zniszczony, lufa wygięta, płaszcz wodny pęknięty, komora zamkowa uszkodzona od przegrzania. Jego karabin miał osiem naboi, żadnych granatów, ani wody.

Jeśli przyjdą ponownie, umrze. Nie przyjdą ponownie. O 12:47 amerykańskie głosy dobiegły ze zbocza. Jego pluton wracał, ostrożnie posuwając się naprzód z karabinami w pogotowiu. Słyszeli nieprzerwaną strzelaninę, widzieli odwrót Japończyków i nie mogli uwierzyć, że jeden człowiek utrzymał pozycję. Porucznik, obandażowany i kulejący, wpatrywał się w ciała pokrywające zbocze.

„Jezu Chryste, maści z broni palnej” – powiedział cicho. „Co zrobiłeś?” Gonalves nic nie powiedział. Siedział w swoim okopie, wciąż trzęsąc się z zimna, patrząc na zniszczony karabin maszynowy, który uratował mu życie i zabił 34 wrogich żołnierzy w ciągu 43 minut nieprzerwanej walki. Sierżant plutonu liczył ciała, weryfikował zabójstwa, sprawdzał, czy nie ma rannych żołnierzy wroga, którzy mogliby stanowić zagrożenie, ale nikogo nie znalazł.

Każdy japoński żołnierz, który zaatakował wzgórze 362A, zginął, a Gonalves wciąż żył, co wydawało się matematycznie niemożliwe dla wszystkich, którzy się wycofali i spodziewali się, że umrze w ciągu kilku minut. Wieść rozeszła się po kompanii wieczorem. Jeden marine, jeden karabin maszynowy, jeden okop, 34 zestrzelenia. Oficerowie przybyli, aby obejrzeć pozycję, zbadać sytuację taktyczną, zrozumieć, jak samotny obrońca przeżył to, co powinno być samobójstwem.

Znaleźli skałę wulkaniczną poszarpaną kulami i granatami, zniszczony karabin maszynowy, puste skrzynki po amunicji i młodego żołnierza piechoty morskiej z Kalifornii, który odmówił wyjaśnienia, dlaczego został, mimo rozkazu odwrotu. Wyglądało na to, że ktoś powinien utrzymać grzbiet. Gonalves powiedział o tym dowódcy swojej kompanii. Więc go utrzymałem.

Wiadomość dotarła do dowództwa batalionu przed zapadnięciem zmroku. Dowództwo dywizji dowiedziało się o niej następnego dnia. Analitycy taktyczni zbadali pozycję, obliczyli pola ostrzału, ocenili japońskie wektory podejścia i stwierdzili, że obrona Gon Salvesa nie powinna była zadziałać. Wróg miał przewagę liczebną, lepsze pozycje i przewagę w ukryciu.

Samotny obrońca przed zorganizowanym atakiem piechoty miał może 2% szans na przetrwanie, zakładając, że obrońca wycofał się po pierwszym kontakcie. Gonalves się nie wycofał. Pozostał przez 43 minuty w obliczu dwóch oddzielnych fal ataku, utrzymując ciągły ogień pomimo przytłaczającej przewagi, niewystarczającej osłony i braku wsparcia.

Analitycy nie potrafili wyjaśnić, jak przeżył, poza stwierdzeniem, że jego dyscyplina ogniowa była perfekcyjna, zarządzanie amunicją optymalne, a decyzje taktyczne konsekwentnie niekonwencjonalne, ale skuteczne. Inni marines zaczęli zadawać pytania. Jak udało ci się wytrzymać tak długo? Co zrobiłeś inaczej? Gonzalves nie chciał wyjaśniać.

Nie sądziłem, żeby było cokolwiek do wyjaśnienia. Został, bo ktoś musiał utrzymać grzbiet. Przeżył, bo dbał o broń, oszczędzał amunicję i łamał doktrynę, gdy doktryna wydawała się taktycznie nieudolna. Ale inni marines rozpoznali coś w jego relacji. Przekonanie, że jeden zdeterminowany obrońca z lepszą pozycją strzelecką i dobrze utrzymaną bronią może stawić czoła liczebnej przewadze.

Ta indywidualna inicjatywa miała większe znaczenie niż standardowe taktyki, gdy standardowe taktyki nie odpowiadały realiom pola bitwy. Że czasami trzeba było łamać rozkazy, aby wykonać misję, do której rozkazy były przeznaczone. Koncepcja ta nieformalnie rozpowszechniła się w jednostkach piechoty morskiej na Eoimie. Sierżanci zaczęli kłaść nacisk na konserwację broni, tak jak Gonalves.

Żołnierze zaczęli kwestionować decyzje taktyczne, które wydawały się samobójcze, pytając, czy istnieją lepsze sposoby utrzymania pozycji lub prowadzenia obrony. Oficerowie zauważyli wzrost inicjatywy wśród szeregowych, większą gotowość do dostosowywania taktyki do rzeczywistych warunków pola bitwy, a nie do warunków zakładanych.

Dowództwo oficjalnie tego nie zatwierdziło i nie mogło tego zatwierdzić. Dyscyplina wojskowa wymagała wykonywania rozkazów, a nie oceny ich sensu taktycznego. Nie mogli jednak ignorować rezultatów. Jednostki, które przyjęły podejście Gon Salvesa do indywidualnej obrony, obsesyjnie utrzymując broń i pozostając na pozycjach dłużej niż sugerowała doktryna, odnotowywały niższe wskaźniki strat w obronie przed japońskimi kontratakami.

Japończycy zauważyli dwa przechwycone dokumenty wywiadowcze z końca lutego 1945 roku, w których wspomniano o wzmożonym oporze amerykańskich obrońców na dotychczas zagrożonych pozycjach. Raporty pojmanych żołnierzy opisywały marines, którzy nie wycofują się, gdy powinni, utrzymując pozycje w pojedynkę lub w dwóch ludziach zamiast w pełnych oddziałach. Japońskie planowanie taktyczne zaczęło uwzględniać możliwość, że odizolowane pozycje amerykańskie będą stawiać opór dłużej niż oczekiwano.

Nic z tego nie zostało oficjalnie udokumentowane. Żadne biuletyny taktyczne nie wspominały o działaniach Gonalvesa. Żadne podręczniki szkoleniowe nie zostały zaktualizowane na podstawie jego obrony Wzgórza 362A. Ale wiedza i tak się rozprzestrzeniła, szeptana między marines, dzielona w okopach, przekazywana z weteranów na następców. Odmowa wykonania rozkazu odwrotu przez jednego z żołnierzy stała się nieformalnym studium przypadku skutecznej obrony indywidualnej.

Analiza statystyczna przeprowadzona po bitwie wykazała, że ​​wskaźniki strat na pozycjach obronnych na Ewimie spadły o około 14% między końcem lutego a początkiem marca 1945 roku, pomimo rosnącej intensywności japońskich kontrataków. Historycy taktyki przypisują to wielu czynnikom: lepszej koordynacji, lepszemu wsparciu ogniowemu i zgromadzonemu doświadczeniu bojowemu.

Ale marines, którzy tam byli, wiedzieli, że część tego spadku wynikała z faktu, że jednostki pozostawały na pozycjach, które mogły utrzymać, dbały o broń tak, jakby od tego zależało ich życie, bo od tego zależało ich życie, i walczyły mądrzej, zamiast po prostu przestrzegać doktryny. Ostrożne szacunki przypisują taktycznym zmianom zainspirowanym działaniami Gonalvesa zapobiegnięcie 40–60 ofiarom wśród marines w ciągu ostatnich dwóch tygodni walk na Tiwimie.

Nie z powodu bezpośrednich trafień, ale z powodu zmiany koncepcji, jaką reprezentowała jego obrona. Myśl, że jeden marine, odpowiednio przygotowany do służby i świadomy taktycznie, może stawić czoła przytłaczającej przewadze liczebnej, dodała innym marines pewności siebie i pozwoliła im bronić pozycji, które w przeciwnym razie mogliby opuścić. Oficjalne uznanie przyszło powoli.

Dowódca batalionu rekomendował Gonalvesa do Medalu Honoru w marcu 1945 roku. Rekomendacja szczegółowo opisywała jego działania, potwierdzała liczbę zestrzeleń i podkreślała taktyczne znaczenie utrzymania Wzgórza 362A w obliczu przeważającej liczebnie siły wroga. Rekomendacja przez miesiące leżała na biurkach, przechodząc przez kanały dowodzenia, podlegając przeglądowi i weryfikacji.

Gonalves otrzymał Medal Honoru 12 grudnia 1945 roku, wręczony mu przez prezydenta Harry’ego Trumana w Białym Domu. W odznaczeniu podkreślono jego niezwykłą waleczność i nieustraszoność, z narażeniem życia, wykraczającą poza zakres obowiązków. Opisano w nim obronę Wzgórza 362A, 34 potwierdzone zestrzelenia i 43 minuty nieprzerwanej walki.

Nie wspomniano, że złamał rozkaz pozostania. Nie wspomniano, że jego taktyka była sprzeczna ze standardową doktryną. Oficjalne cytaty nie zawierają takich szczegółów. Gonalves przyjął medal, uścisnął dłoń prezydenta, pozował do zdjęć. Powiedział reporterom, że zrobił tylko to, co było konieczne, że każdy żołnierz piechoty morskiej zrobiłby to samo. Mylił się.

Większość marinesów zastosowałaby się do rozkazu odwrotu, bo tak właśnie postępują żołnierze. Gonalves został, ponieważ zrozumiał coś o systemach i błędnej doktrynie, czego większość żołnierzy nigdy się nie uczy. Po wojnie wrócił do Alamu i znowu pracował w dokach. Jego ojciec załatwił mu pracę przy obsłudze tego samego dźwigu, na którym pracował przed zaciągnięciem się do wojska.

Gonzalves spędził 33 lata załadowując statki towarowe, naprawiając silniki Diesla i ucząc młodszych pracowników prawidłowej konserwacji maszyn. Rzadko mówił o Ewimie, nigdy nie wspominał o metalu, chyba że namawiali go do tego weterani na zjazdach. Ożenił się w 1947 roku, miał troje dzieci i mieszkał w małym domu dwie przecznice od doków, gdzie dorastał.

Sąsiedzi wiedzieli, że służył na wojnie, że otrzymał jakieś odznaczenie, ale nie znali szczegółów. Gonalves wolał, żeby tak było. Metal pozostał w szufladzie, raz pokazany dzieciom, kiedy pytały, a potem schowany. Nie liczył się metal. Liczyło się to, że utrzymał grzbiet, uniemożliwił Japończykom wykorzystanie tej pozycji do zabicia kolejnych marines, złamał rozkazy, aby osiągnąć to, co rozkazy miały na celu.

Harold Gonalves zmarł 15 kwietnia 2003 roku w wieku 79 lat w szpitalu w Oakland w Kalifornii. Jego nekrolog w „Alama Times Star” wspominał o jego pracy w dokach, rodzinie i Medalu Honoru. Nie wspominał o Wzgórzu 362A. Nie policzono, ilu marines przeżyło, ponieważ jeden mężczyzna został, gdy wszyscy inni się wycofali.

Te liczby znajdują się w analizach taktycznych przechowywanych w archiwach wojskowych, nieprzeczytanych przez nikogo poza historykami badającymi taktykę obronną w wojnie na wyspach Pacyfiku. Na jego pogrzebie zgromadziło się 200 osób. Weterani z Ewimy przybyli z całego kraju – mężczyźni, z którymi służył, mężczyźni, których nigdy nie spotkał, którzy znali tę historię i rozumieli jej znaczenie. Utworzyli wartę honorową, oddali salut i wręczyli wdowie po nim flagę z trumny.

Nikt nie wygłaszał przemówień o bohaterstwie i poświęceniu. Nie było takiej potrzeby. Wszyscy tam rozumieli, co zrobił Gon Salves i dlaczego to było ważne. Historycy wojskowości wciąż badają jego obronę Wzgórza 362A. Nie dlatego, że reprezentuje ona standardową taktykę. Narusza ona standardowe taktyki na wiele sposobów, ale dlatego, że pokazuje, co może zdziałać indywidualna determinacja i świadomość taktyczna, gdy zawodzą systemy.

Gonalves nie czekał na sensowne rozkazy. Przyjrzał się złamanej doktrynie, zrozumiał, dlaczego jest złamana i działał według własnego osądu. Nie tak powinny działać organizacje wojskowe. Ale czasami tak wygrywa się wojny. Nie poprzez komisje debatujące nad optymalną taktyką. Nie poprzez oficerów opracowujących idealne plany bitewne.

Dzięki sierżantom i szeregowym, którzy rozumieją, że doktryna jest wskazówką, a nie regułą, i że dbanie o broń i jasny umysł jest ważniejsze niż wykonywanie rozkazów, które prowadzą do śmierci. Gonalves zrozumiał, że w wieku 19 lat, siedząc w okopie na grzbiecie wulkanu, gdy 34 żołnierzy wroga zbliżało się, a cały jego pluton się wycofywał, pozostał. Walczył. Przeżył.

A przetrwawszy, udowodnił, że jeden marine z odpowiednio utrzymanym karabinem maszynowym i wolą jego użycia może utrzymać pozycję, którą doktryna uznała za nie do obrony. Ta lekcja przetrwała jego, przetrwała większość ludzi, którzy walczyli u jego boku, i pozostaje aktualna wszędzie tam, gdzie żołnierze stają w obliczu przytłaczającej przewagi i muszą zdecydować, czy kierować się doktryną, czy też taktycznym osądem.

To jest dziedzictwo, które pozostawił Herald Gonolves. Nie medal, choć metal ma znaczenie. Nie potwierdzone zestrzelenia, choć te uratowały życie Amerykanom. Dziedzictwem jest idea, że ​​poszczególni marines mają znaczenie. Że ich osąd się liczy. Że czasami właściwą decyzją taktyczną jest zostać, gdy wszyscy inni się wycofują. Utrzymać się, gdy trzymanie wydaje się niemożliwe.

Ufać swojemu szkoleniu, broni i zrozumieniu zepsutych systemów bardziej niż rozkazom od ludzi, którzy nie są z tobą w okopie. Jeśli ta historia Cię wciągnęła, polub ten film. Zasubskrybuj, aby być na bieżąco z tymi nieopowiedzianymi historiami. Zostaw komentarz, powiedz nam, skąd oglądasz.

Dziękuję za podtrzymywanie tych historii przy życiu. Te historie żyją.

Uwaga: Część treści została stworzona z wykorzystaniem sztucznej inteligencji (AI i ChatGPT), a następnie poddana kreatywnej edycji przez autora, aby lepiej oddać kontekst historyczny i ilustracje. Życzę fascynującej podróży w odkrywaniu tych cudów!


Comments

Để lại một bình luận

Email của bạn sẽ không được hiển thị công khai. Các trường bắt buộc được đánh dấu *